Asfalt bulgocze, śmierdzi i roztapia się pod stopami. Jesteśmy w Trynidad i Tobago. Tak, to asfalt wydobywający się z głębi ziemii a nie niebiańśka plaża jest naszym pierwszym widokiem na Karaibach. Asfaltowe jezioro w Trynidad i Tobago – to pierwszy przystanek w podróży po Wschodnich Karaibach. Ile wysp uda nam się zobaczyć w okresie 3 tygodni? Zaczynamy w Port of Spain stolicy Trynidad & Tobago, skończymy na Haiti. 

W Jeziorze Asfaltowym nie popływasz, nie złowisz żadnej ryby. Idziemy grzecznie za przewodnikiem, bo tylko on wie, które miejsca są wystarczająco zastygłe, żeby się w nich nie zatopić. Powierzchnia jeziora wygląda jak skóra słonia. Szybko stawiamy kroki, gdy tylko chwilę staniemy dłużej w miejscu nasze sandały zaczynają zatapiać się w czarnej brei. W miejscach najbardziej aktywnych asfalt wyciąga się z dołu na patyku. Ciągnie się, wieje na wietrze.

Asfalt z tego jeziora jest NAJ – najlepszy, naturalny, najbardziej wytrzymały ale też najdroższy. Leży na najbardziej prestiżowych ulicach świata. Choćby przed Białym Domem na Pensylwania Avenue w Waszyngtonie. Obecnie głównym odbiorcą są jednak Chiny. To trochę przerażające…w Afryce wszędzie głównym inwestorem są Chiny, teraz widzimy to też na Karaibach. Chociaż tutaj częściej słyszymy, że ich głównym inwestorem jest Tajwan, tak jakby była jakaś różnica… 

Lokalna historia powstania jeziora nie ma nic wspólnego z ruchami tektonicznymi ziemi, w miejscach gdzie zalega ropa naftowa. Winne są kolibry, a właściwie Indianie Chima, dla których były one bardzo dużym przysmakiem. Dla bogów jednak były one duchami przodków, rozłoszczeni zamienili cały teren w wielkie czarne śmierdzące jezioro. 

W szczelinach asfaltowych można się wykąpać w żółtawej bąbelkowej wodzie. Podobno uzdrawia wszystkie bóle. Nie próbujemy …lokalna rodzina kąpie się radośnie. Mieszkańcy są naprawdę ciemnej karnacji, w otoczeniu asfaltowego otoczenia wyglądaja na jeszcze bardziej czarnych.


Z La Brea, miejscowości gdzie znajduje się ów bulgoczący cud natury jedziemy na północ do zatoki Maracas. Nasz cel: razem z lokalnymi mieszkańcami zjeść hake&bake – czyli kanapkę z rekinem. 

W Trynidad i Tobago uczymy się nowego angielskiegi czasownika masowo używanego na Karaibach: to LIME. Nie chodzi o limonkę tylko o określenie, które nie występuje w języku polskim jako jeden wyraz: miłe spędzanie czasu, spotykanie się ze znajomymi, delektowanie się chwilą. Nie wiem czy jest lepsze tłumaczenie. Jest już ciemno kiedy dojeżdżamy. Szukamy głównego hotelu, znalezionego w przewodniku. Niestety jest zamknięty, no ale przecież jesteśmy na najlepszej plaży w Trynidadzie, na pewno za zakrętem będą liczne hotele. Ku naszamy przerażeniu nie ma nic. Powrót w nocy do Port of Spain mocno nas przeraża. Według rankingów światowych, to jedno z najbardziej niebezpiecznych miast świata. Jazda w nocy to proszenie się o kłopoty. Na szczeście jedna pani ze smażalni dzwoni do drugiej pani i w ciemności dojeżdzamy na kwaterę. 40 dolarów za nocleg w pokoju ze wspólną łazienką. Właściciel widząc nasze zdesperowanie nie da się namówić na rabat. Jeszcze tego wieczoru ruszamy do baru na plażę: rekin w opiekanej bułce smakuje niebiańsko. To chyba najlepszy fast food ever. Zastanawiamy się czy to na pewno rekin, może tak nazywają jakiegoś dorsza… Lokalni mieszkańcy śmieją się z naszego pytania czy to aby nie ryba lub kurczak. Tak to rekin ale ten gatunek nie jest ani żarłoczny, ani pod ochroną.

PORT OF SPAIN – stolicę Trynidad i Tobago zwiedzamy ostatniego dnia w jasnym słońcu. Wcześniej w hotelu zostawiamy pieniądze, dokumenty, nawet zegarki. Radek cały czas twierdzi, że na pewno przesadzam. Zmienia zdanie kiedy właścicielka hotelu na pytanie czy ty tu jest bezpiecznie mówi, że byśmy na siebie uważali i że ona sama nigdy nie wychodzi na zewnątrz po zmroku. To zawsze nasza podstawowa zasada w podróży pytać miejscowych gdzie chodzić, gdzie nie chodzić. 

Centrum Port-of-Spain wygląda bardzo okazale. Wieżowce, nowoczesne sklepy. Trynidad i Tobago to najbogatsze państwo Karaibów dzięki ogromnym zasobom ropy, gazu ziemnego i asfaltu. Jest tak bogate, że kompletnie nie interesuję ją turystyka. Przez 4 dni nie spotykamy ani jednego turysty. Za to w otoczeniu kolonialnych cukierkowych budynków Port-of-Spani czujemy się  jak w wesołym miasteczku. Nagle przy Savannah – ogromnym parku w centrum miasta wszytsko się zmienia. Tysiące ludzi kierują się na główny stadion…czujemy się jak w centralnej Afryce.

Kobiety są ubrane w niesamowite  tradycyjne afrykańskie stroje. Kolorowe, wzorzyste, nigdzie indziej nie widzieliśmy ich poza Afryką. Wchodzimy w tłum…jest dziwnie, aż się prosi żeby wyciągnąć aparat. To mogłyby być niesamowite zdjęcia. Afrykańska głośna muzyka, afrykańskie jedzenie i niesamowite kolory. Jesteśmy nie tylko jedynymi turystami w tym tłumie, jesteśmy jedynymi białymi w kolorowo-czarnym tętniącym otoczeniu. 

Już prawie wyciągamy aparat kiedy przechodzimy wokół stoiska z napisem „Wszystko co musicie wiedzeć o niewolnictwie“, z małej trybunki wykrzykuje jakiś mężczyzna, otoczony jest tłumem gapiów. Grzecznie przechodzimy dalej, nagle słyszymy: „ Widzicie tą białą kobietę, tego białego mężczyznę? Oni przyszli tu tylko, żeby was obserwować, żeby zobaczyć co robicie.“ Szybko przechodzimy dalej i głęboko chowamy aparaty. Cały czas nie wiemy co to za święto. Głupio pytać. Na słupach wielkie napisy „Emancipation Day“. Czyżby tutaj tak silne były ruchy emancypacyjne kobiet? 

Znowu okazuje się, że słowa angielskie na Karaibach mają inne znaczenie – trafiliśmy w środek obchodów dnia zniesienia niewolnictwa. Karaiby to część świata zbudowana rękami niewolników z Afryki Zachodniej. Miliony harowało na plantacjach trzciny cukrowej, tytoniu, przy budowach miast i portów. Kolumb przybył tutaj na chwilę, nadał nowe nazwy wyspom zamieszkałym od tysiąca lat. Anglia i Francja przez wieki walczyła kto jest właścicielem,  której wyspy ….a niewolnicy budowali kraj. Po zniesieniu niewolnictwa zostali, bo przecież nie mieli gdzie wrócić po wiekach niewoli.

Trynidad i Tobago – państwo, które nie wprowadziło nas w typowy obrazkowy klimat Karaibów. Ma piękne plaże, palmy, morze ale to co tutaj najciekawsze to ludzie, którzy pokazują afrykańską historię tej części świata.