– stolica Bengalu Zachodniego szokuje. 17 mln ludzi, 600 000 tysięcy rowerowych rykszy. Przejście 200 m to 15 minut manewrowania. Rano wpływamy do portu. Ruch na wodzie większy niż na Marszałkowskiej. Setki barek, stateczków, łodzi towarowych. Większość jest wypełniona po brzegi, woda wlewa się na pokład. Malutkie łódki napędzane wiosłami manewrują pomiędzy molochami. To SZOK dla wszystkich zmysłów. Nasze nosy mówią uciekajcie! Odór gór śmieci miesza się jedzeniem ulicznym. Do tego odgłos i widok mężczyzn namiętnie plujących i odcharkujących połączony z milionami trąbiących klaksonów. To co widzieliśmy w Indiach, Chinach okazuje się wersją lightową. Dopiero wieczorem zaczynamy przyzwyczajać się do tego co nas otacza. Spacerujemy po New Market, wielokilometrowym bazarze, na których można kupić wszystko. Trafiamy na część rybną i tutaj niespodzianka. Wreszcie nie śmierdzi. Wielki krewetki, ryby nieznanych gatunków. Wszystko świeże, prawdziwe marzenie każdego miłośnika sea foodu. Mimo że wyglądają pięknie ja cały czas mam przed oczami góry śmieci jakie pływają w wodach, gdzie są hodowane. Czy wiedzieliście, że dla naszego kraju Bangladesz to drugi dostawca krewetek, zaraz po Chinach???Podróże nas zmieniają, otwierają oczy na nowe kultury. Ja się tym razem obawiam, że nasza wyprawa do Bangladeszu zmieni moje postrzeganie na krewetki z czosnkiem;) Te co robimy w domu nie mają nic wspólnego z pięknymi romantycznymi wybrzeżami Morza Śródziemnego. Były hodowane w wodach pełnych śmieci z powietrzem tak pełnym smogu, że w porównaniu z nimi Warszawa lub Kraków mogłyby być uzdrowiskami.